Moje osobiste doświadczenie Soul Coaching

Zderzenie serca i głowy. O tym, jak zaufałam procesowi, który mnie trochę przerażał

Zanim zapiszesz się na warsztat, zanim wejdziesz w jakiś proces, często już wiesz, czy to „Twoje”, czy nie.
A przynajmniej tak Ci się wydaje.

Kiedy czytałam opis warsztatu Soul Coachingu i kolażu prowadzonego przez Basię Filipczyńską, miałam sporo wątpliwości. I nie były to wątpliwości typu: „czy dam radę”, tylko raczej: „czy ja w ogóle do tego pasuję”.

Jestem osobą od „szkiełka i oka”.
Lubię plan, strukturę, porządkowanie, mapy myśli, wykresy, ikonografiki. Potrafię rozpisać proces, zaplanować działania, poukładać strategię. To jest mój naturalny język. Dlatego kiedy w opisie pojawiły się słowa takie jak: oddech, wyciszenie, dusza, intuicja, dziewięć domów to uśmiechałam się do siebie pod nosem.

Pomyślałam: ok, piękne… ale czy to naprawdę moje?

Nie odrzuciłam tego zaproszenia, ale też nie wpadłam w entuzjazm. Raczej ciekawość zmieszana z dystansem. I właśnie z takim nastawieniem przyszłam na warsztat, uzbrojona w materiały i bez wielkich oczekiwań, z intencją bardzo logiczną na rok 2026, równowaga.

I wtedy wydarzyło się coś, czego nie da się zaplanować.

Proces, który na papierze wydawał mi się abstrakcyjny, w rzeczywistości okazał się bardzo cielesny i bardzo konkretny. Oddychaj. Zatrzymaj się. Uspokój myśli. Nie analizuj. Nie oceniaj. Pozwól, żeby obrazy przyszły same. Wyrywaj. Klej. Układaj. Jeszcze nie pytaj „dlaczego”.

I ku mojemu zaskoczeniu to zadziałało.

Głowa, która zwykle jest pierwsza do komentowania, trochę odpuściła. Ciało się uspokoiło. Ręce robiły swoje. A obrazy… naprawdę zaczęły się układać. Nie logicznie. Intuicyjnie. Tak, jakby wiedziały wcześniej ode mnie.

Dopiero później przyszły pytania. Bardzo dobre pytania. Czułe, ale precyzyjne. Takie, które nie są coachingowym hasłem, tylko zaproszeniem do zobaczenia siebie uważniej. I wtedy zobaczyłam rzeczy, których nie „wymyśliłam” głową.

Zobaczyłam, że potrzebuję czystego notesu. Zamiast kolejnego narzędzia, nie systemu, nie planera. Czystej przestrzeni, w której mogę pisać to, co we mnie żywe. Zobaczyłam, że potrzebuję tulić to, co tworzę, zamiast od razu poprawiać, optymalizować i sprawdzać, czy „ma sens”. Że chcę mówić to, co naprawdę myślę i robić to, co mówię. Najpierw dla siebie. Dopiero potem dla świata.

Uderzyło mnie też to, jak bardzo spójne jest to z tym, co od jakiegoś czasu do mnie wraca… atomowe nawyki, esencjalizm, jeden procent, koncentracja, rytm, uważność. Tyle że tym razem one nie przyszły z książek. One wyszły ze mnie. Książki tylko pomagają je nazwać.

Kolaż, który powstał, jest dla mnie bardzo osobisty. Dlatego nie pokazuję go wprost. Zamiast tego poprosiłam moją ulubioną sztuczną inteligencję – ChatGPT – o interpretację. O obraz, który delikatnie maskuje moje marzenia i plany, a jednocześnie oddaje klimat tego, co się we mnie wydarzyło. To trochę jak pokazanie fragmentu snu, a nie całej historii.

Wracam z tego doświadczenia z poczuciem spokojnej wdzięczności. Nie euforii. Raczej stabilności. Za to, że można połączyć głowę z sercem. Intuicję z dyscypliną. Zaufanie z działaniem. Że nie trzeba wybierać „albo–albo”.

Pierwszy krok został zrobiony. Teraz przychodzi czas, żeby to doświadczenie przełożyć na kolejne, bardzo konkretne działania. O nich napiszę następnym razem.

Na razie wracam do mojego czystego notesu.
I zaczynam od jednego, małego kroku.